Były sobie kryminały: Czwartek i Koc

Mało kto wie, że swawolny i przaśny erotyk osadzony w czasach PRL’u, czyli „50 twarzy Romana” nie był moim pierwszym „Pierwszym i ostatnim rozdziałem powieści”. Pierwszy był „Czwartek” – pierwszy rozdział powieści o wampirach, która finalnie miała być prezentem urodzinowym dla wielkiej fanki wielkich kłów. Znajomość niestety nie przetrwała, powieść nigdy nie powstała ale tekst dał początek pomysłowi na nigdy nie ukończone powieści. Pierwszy mój w życiu twór kryminalny zdobył pierwszą nagrodę w konkursie literackim „Moje spotkanie z Wampirem” Radia Czwórka i sprowokował kolejne zgłoszenie do konkursu, tym razem na krótki opis… koca. Wiem że WTF ale były fajne książki do wygrania, więc się przełamałam. Poszłam jednak przekornie znowu w grozę i przegrałam z jakąś Grażą, która opisała koc puszysty jak kaczuszka. Wklejam dziś Wam tutaj te moje pierwsze straszne twory, odnalezione w czeluściach mailowego archiwum, z nadzieją że Wasze mordercze apetyty, które wyszły podczas ankiety, zostaną chwilowo zaspokojone.

Czwartek

Przenikliwy dźwięk budzika, pacnięcie urządzenia jedną  ręką i leniwe odgarnianie kołdry drugą. W lewym oku utworzył się z wachlarzy rzęs mały lufcik i zielona źrenica powędrowała w stronę okna. Mimo że żaluzje były jak zawsze szczelnie zasłonięte, dało się dojrzeć zaczynające hulać słońce. Rozdrażniło ją to bardziej niż zazwyczaj, bardziej niż zazwyczaj rozpiekły ją od tego oczy. Dwa przeciągnięcia, grymas do strzelających kości. 10 minut w łazience, węzeł z loków, wciąganie spodni i topu – kolejne pół minuty. Nerwowe poszukiwania kluczyków do auta zakończone sukcesem. Tym razem śmiały się szyderczo, patrząc na jej chaotyczną bieganinę, spod sałaty lodowej na kuchennym blacie. Mieszkanie nr 13 dzielił od parteru labirynt schodów. Krwiste Daewoo czekało na dole i odpaliło bez problemów. Z rozczuleniem pogłaskała kierownicę. Zadudniły basy, kląc soczyście wykręciła w końcu na tyle, by nie zarysować taksówki pana Kazia. Opuściła szyby i zmieniła radio na swą ulubioną płytę na poranne korki. 

Jak na czwartkowy poranek na drogach było pusto. Słońce mimo wczesnej pory grzało już tak mocno, że rozświetlona nim, stroma ulica Jagiellońska wyglądała jak na widokówkach z San Francisco. Z oślepienia i zamyślenia wyrwał ją ostry dźwięk klaksonu. Zawrzała, zatrzymała się i wysiadła. Jadący za nią kierowca audi też zatrzymał się i wychylił przez szybę. „Zielone masz, zasrana śpiąca królewno!”. Rzuciła z oczu iskry o woltarzu miliona elektrowni. Formułując starannie w myślach najstraszliwszą i najwulgarniejszą ze swych ripost na takie okazje, podeszła bliżej. Nieco zbity z tropu obserwował szybko zbliżającą się wysoką i wiotką jak trzcina brunetkę.

„Tyyyy…” – zaczęła, mieląc już czekającego bluzga i nagle ku własnemu zdziwieniu zamilkła. Zamiast krzyczeć, wyciągnęła go za głowę z auta. Był wyższy nawet od niej a pofrunął na ziemię niczym worek na kapcie. Obserwowała jak przez jego twarz przebiega fala wściekłego szoku, następnie niedowierzania. Z tym niedowierzaniem zastygł, kiedy zębami wyszarpała mu kawałek szyi. Przyssała się chwilę później. Mocno, ciutkę zbyt zachłannie jak na damę. Ulica była pusta, oprócz ich dwóch samochodów nie było śladu życia a nawet przewalających się kłębów suchej, preriowej trawy. Nic nie zakłócało chłeptania krwi z rozcharatanej tętnicy, całe jej ciało wypełniło się słodkim i lepkim ciepłem. Zamruczała. Z wyraźną niechęcią skończyła na dźwięk skręcającego w ich kierunku tramwaju numer pięć. Wstała z kolan i rozejrzała się dookoła odrobinę nieprzytomnie. Na skraju chodnika leżał mężczyzna przed trzydziestką, chyba ciemny blondyn, ciężko było stwierdzić bo włosy miał zlepione krwistą mazią. Trochę śmiesznie dygotał. Szare, nieruchome oczy, skierowane w kierunku witryny cukierni „Cafe Jagiellonka” zrobiły się matowe, a na jednym już próbowała usiąść mucha. Karolina zawsze była dobrą dziewczyną. Zagryzła wargę, wciąż mokrą i błyszczącą i drżącym nieco głosem powiedziała: „Przepraszam, nie zdążyłam rano zjeść śniadania a głodna bywam nieznośna”. I wtedy mnie zobaczyła. Skuloną na tylnym siedzeniu. Spojrzała na siniak wylewający się spod ciemnych okularów. „Podwieziesz mnie do pracy?” – spytałam.

red-84514_1920_Fotor

koc

„Uwielbiałam przebiegać palcami po tym luźnym splocie wełny. Gruby, wielki koc. Nasz ulubiony. Opatulał nas w te wszystkie jesienne wieczory. Wciągnęłam mocno znajomy zapach, który kiedyś sprawiał że czułam się bezpieczna i szczęśliwa. Teraz ukochany tkany skarb krępował mnie niczym kokon. Gorąc który dawał, pozbawiał mnie powoli tchu, lecz nie mogłam wydobyć głowy by zaczerpnąć haustu powietrza. Starałam się nie płakać kiedy czerwone wełniane włoski zaczęły kłuć mnie w oczy, łzy jednak popłynęły wartko gdy pomyślałam o babci, która kiedyś pieczołowicie robiąc koc dla wnuczki nie zdawała sobie sprawy że stanie się on dla niej niespodziewanym całunem. „Niestety, nie będę dzielna”. Tuż obok usłyszałam ciężkie kroki i nagle poczułam iż unoszę się w jego ramionach. Łoskot zamykanych drzwi od naszego domu marzeń. Długie frędzle koca zaszamotały na wietrze w ostatnim cichym proteście. Przestały wraz z trzaskiem zamykanego bagażnika”

knitting-404701_1920

Przeczytaj poprzedni wpis:
trtr
Podsumowanie ankiety – jesteście najlepsi!

Zamknij