nICE Butt Challenge

Zacznę może od tego, jakim strasznym jestem antysportem

Po dzieciństwie spędzonym najpierw w szkole gimnastyczno-baletowej, następnie wytańczonym towarzysko i okraszonym upokarzającym epizodem w drużynie koszykówki (jako najniższa w historii zawodniczka, wyśmiewana za bieganie jak baletnica), do liceum poszłam już ze zwolnieniem na stałe z w-fu. Tak właśnie, załatwione ze względu na galopującą ślepotę, szczęśliwie uratowało mnie przed siatkówkami, kozłami i pajacykami od których biustem podbijam sobie oczy. Od otyłości w późniejszych latach uchroniło mnie tylko racjonalne odżywianie się, cotygodniowe kręcenie tyłkiem na imprezach i praca „stojąca”. Trzy lata temu zmieniłam pracę i stopiłam się z komputerem. Z tramwajów przesiadłam się do auta, zieleninę zmieniłam na makarony i pierogi ruskie (omnomnomm!). Zapewniana przy tym że im więcej kochanego ciała, tym lepiej, obrastałam w błogi spokój i kolejne wzruszające fałdki.

Rok temu…

… po brutalnie złamanym sercu, za ciosem poszedł zaraz kręgosłup i też się mi rozpękł. Pan rehabilitant wbijając mi w łopatkę łokieć i kolano w półdupka, przy głośnym chrupnięciu nastawił co trzeba, ale pogroził palcem i kazał zacząć ćwiczyć: „Znów się rozpadnie kręgosłup niestety, chyba że zaczniesz codzienne kocie grzbiety!” *. Kolega z pracy, Niedźwiedź, nie mogąc patrzeć na moje rozmazane wiecznie oczy i kołtuny na głowie, dorzucił: „Nie ma co ryczeć po zdradzieckim draniu, lepiej czas spędzać na siłki odwiedzaniu. Zamiast lać łzy, niech pot Ci ścieka z tyłka, więcej to da szczęścia niż niejedna pastylka” *.

(* – tak, w moich wspomnieniach wszystkie kwestie są rymowane!)

Na początku szło opornie, zestaw ćwiczeń przepisany przez speców, mimo iż był lekki i łatwy, długo nie był mi przyjemnym. Ciało wracało do nawyków z wczesnej młodości stawiając zaciekły opór. Pomogła zmiana diety [Poczytaj sobie tutaj KLIK] i zrzucenie 15-kilowego balastu. Wyginanie się i podnoszenie nóżek stało się żwawsze ale nadal ciężko było o jakąkolwiek przyjemność czy regularność.

I tu dochodzimy do tytułu!

Przyjęcie wyzwania nie powinno być jednorazowym kubłem zimnej wody na łeb a poskutkować powinno przyswojeniem sobie na stałe nowej wiedzy czy nawyków. 30-dniowe wyzwanie w postaci pięknej tabelki podesłała mi przyjaciółka, piszcząc że właśnie zaczyna (zacząć zaczęła, resztę miłosiernie przemilczę!) i że zestaw modny taki, fajny i że „dawaj ze mno!”. Z początkiem sierpnia, zainspirowana wspomnianą tabelką, sama sobie rzuciłam trzydziestodniowe wyzwanie wzięcia się w garść, ruszenia dupy z sofy i uczynienia z niej energicznego jabłuszka. W tej właśnie kolejności. Stwierdziłam że wytrwanie przez miesiąc w postanowieniu, będzie bardziej dla mnie zbawienne i kształcące niż nowe kształty nawet.

Dziś pierwszy września, znany również jako „pierwszy dzień szkoły”. To, że publikuję ten tekst akurat dzisiaj jest całkowicie nieprzypadkowe. Po pierwsze – (fanfary!) ukończyłam wczoraj wyzwanie „30 dni duposkłonów” (prawa do nazwy wyzwania wymyślonej przeze mnie nie-są-zastrzeżone!), po drugie – Wy możecie dziś je wraz nowym miesiącem też zacząć! Nie koniecznie takie akurat, choć dla chętnych wklejam instrukcję i tabeleczkę.

dup1

Na rycinach: 1. pozycja wyjściowa, 2. jak prawidłowo zrobić duposkłona (taki półprzysiad albo siad na niewidzialnym krześle z napiętymi półdupkami) i 3. oszałamiający efekt – nie możesz przestać się dotykać po pupie a znajomi mogą na niej postawić piwo.

dup3

Tabelka: przerysowałam z tej przesłanej przez przyjaciółkę, która wymiękła w połowie (oj miałam nie wspominać!). Usunęłam przy liczbach powtórzeń „duposkłonów”, byście mogli wstawić tam sobie cokolwiek – pajacyki, przysiady, pompki, brzuszki, machnięcia małym paluchem lewej stopy. Wiem że końcówka wydaje się rzeźnią, ale uśmiechnijcie się na widok przekreślonych dni – to wolne! A teraz mindfuck – po tygodniu będziecie w nie Z WŁASNEJ WOLI ĆWICZYĆ!

Po co Ci ten czelendż?

Bo z dnia na dzień wyrobisz w sobie nawyk codziennego ćwiczenia, organizacji czasu i wywindujesz swoje samozaparcie na nieznane Ci wcześnie wyżyny. Bo na początku wyzwanie przeklinając, po kilku dniach się z nim zaprzyjaźnisz a ostatniego dnia, po ostatnich kilkudziesięciu powtórzeniach, zapiejesz z radosnej satysfakcji. Serio, piałam dziś z całego serca, dumna z siebie bardziej niż po zdobyciu w podstawówce pierwszego miejsca w „mini playback show” i po ostatnim upieczeniu najlepszego marchewkowca świata [kliknij po przepis KLIK]. Ja – antysport, leń i słomiany zapaleniec wytrzymałam, dałam radę, pokonałam swoje słabości. Efekty uboczne – pupa której nie mogę przestać dotykać, stalowe łydy i uzależnienie od endorfin których więcej niż łez i potu. Następnym razem napiszę Wam jak sprytnie się oszukać i przestać się wymigiwać przed samym sobą od ruszenia tyłkiem. Dziś – gorąco z całego serducha polecam Wam podjąć wyzwanie po wykonaniu którego może świat nie stanie się lepszy ale Wy na pewno!

Nominuję:

Maję (zaczynasz dziś i masz 30 dni. Tabelkę już masz…)

i Ciebie też!

  • Katarzyna Monkiewicz

    Dobra, zaczynam dzisiaj!

  • http://www.rebelioshka.pl Rebelioshka

    Dajesz <3

Przeczytaj poprzedni wpis:
103H
Piękne oblicza fejsa #1

Zamknij