Przestałam przeklinać. Na tydzień.

„Dominika, jak ty bluzgasz! Myk myk, wyszoruj buzię szarym mydłem i ryżową szczotą!”. Nie powiedziała mi tego pewnego pięknego poranka ciocia Barbara a programista z tysiącem dredów, nazywający się Horacym z Domu Talerzy. Powiało grozą. „Naprawdę tak przeklinam?” – rzuciłam w przestrzeń biura z cichą nadzieją że ktokolwiek zaprzeczy.

145H

Grzegorz przytaknął, Adam zachichotał i zamilkł zafrasowany, Kamil sypnął w świeżą ranę solą: „Nie znam nikogo, ale naprawdę nikogo tak bardzo bluzgającego”. Rozejrzałam się za naszym wspaniale wulgarnym szefem Marcinem, który przy akompaniamencie swoich przekleństw, brutalnie wyśmiałby me zafrasowanie, ale jeszcze nie dotarł… Cóż się ze mną porobiło? Po latach w handlu i bycia przemiłą panią Dominiką, całe skumulowane zło wyłazi ze mnie teraz w czterech ścianach opanowanego przez kolegów biura? Czy to oni mają na mnie tak fatalny wpływ czy to ja na nich? Spojrzałam w małe lusterko i zobaczyłam kobietę. Małą, z grzyweczką jak u chińskiej dziewczynki, uśmiechniętą przecież tak sympatycznie i podjęłam dramatyczną decyzję o dopasowaniu języka do wizerunku. „Rzucam przeklinanie!” – zapiałam stanowczo – „Od dziś nie usłyszycie ode mnie żadnego bezeceństwa!”. By przypieczętować postanowienie, rzecz oczywista – dałam status na fejsbuku, bo jak wiadomo każde postanowienie opisane na fejsbuku nabiera mocy niemal urzędowej.

„Pierwszy dzień odwyku. Jest ciężko żyć bez czegoś co tak uspokaja i sprawia często wspaniałą radość, satysfakcję, daje ulgę. Jest mi trochę smutno, chodzę nieswoja ale trzymam się twardo. Wy trzymajcie kciuki.

Rzuciłam przeklinanie”

Zamiast oczekiwanego wsparcia, słów otuchy i gratulacji rozpoczęły się powszechne heheszki i śmiechy, którym nie było końca. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że skoro tyle osób uznało już rynsztokowy język za integralną część mojego jestestwa, coś jest kurwa mocno nie halo. Zaprzestałam więc.

205H

Gdy coś mi spadło, kwitowałam to kurzą twarzą. Gdy uderzyłam się w kant biurka, wzdychałam dosadną motylą nogą. Pytałam kiedy idziemy na lancza bo jestem niewyobrażalnie, nieziemsko, jak nie wiem co głodna. Po zakończonej rozmowie telefonicznej, od której rozbolały mnie oczy od kręcenia nimi po biurze kółek zirytowania i żenady, rzucałam melodyjnym głosem wyważoną opinię: „Ach jej, jak bezdennie mało domyślny może być człowiek. Ja nie mogę, pozbawiłabym go życia instalując mu w anusa zardzewiałą parasolkę”. Wszystko przepiękną, kwiecistą polszczyzną przy której nawet sam Profesor Miodek, zacząłby oblizywać sobie usta.

Tylko że z każdym „kurcze pieczone” umierała mała cząstka mnie a z każdym stłumionym okrzykiem „nosz ja pierdolę”, czułam iż w środku zaczyna mi się coś zbierać, gnić i pleśnieć. Zło otaczającego świata, które dotąd odstraszałam i wyśmiewałam okrzykami patologicznymi, teraz mnie dosięgło i byłam bezbronna. Bez mojego kojącego oręża spod znaku wielkie brzydkie tabu.

Sporo osób prosiło o podzielenie się wrażeniami z mej heroicznej wędrówki po nowej ścieżce życia, nieskalanej wulgaryzmami. To była gehenna i naprawdę zajebiście nie polecam. I jeśli myślisz że w tym wszystkim chodziło tylko o rzucenie przeklinania jesteś w błędzie. Wyzbywanie się czegokolwiek, co w jakiś sposób działa na ciebie terapeutycznie jest wyzbywaniem się lwiej części osobowości. Znowu jestem złą sobą i czuję się z tym dobrze.

Przeczytaj poprzedni wpis:
213H
Jak zostałam jaskiniowcem

Zamknij