Street Food Love

Food trucki (gastro omnom wozy) i inne, mniej mobilne budy z żarciem (które tradycję w Polsce mają już przecież całkiem zacną) przeżywają prawdziwy renesans. Wyrastają przy krawężnikach jak grzyby po deszczu, stały się obiektem westchnień każdego szanującego się głodomora, modnymi miejscami do zrobienia checka na foursquerze i bohaterami lawiny wpisów na najróżniejszych blogach. Cieszy mnie to, bo żarcie uliczne zawsze lubiłam i broniłam jego czci (uliczne nie musi być wstrętne, holoł!). Paweł ze Szczecin Bloga (kliknij i se poczytaj) machnął ostatnio ciekawą relację z warszawskiego Food Truck Festivalu, podsumowując iż wozy z żarciem kolorowe stawiają coraz częściej nie tylko na jakość ale i unikalność. Słuszne to. By podbić serducha żarłoków już nie wystarczy otworzyć interes. Trzeba się wyróżnić wyglądem, smakiem i zaznaczyć teren w social mediach.

a5

Postanowiłam natchniona wygrzebać kilka filmików z youtuba i zdjęć z mojego archiwum turecko-bałkańskiego. W tamtych rejonach dobre 11 lat temu zaczęła się ma miłość wielka do posiłków w czasem obskurnych przyulicznych drapakach. Żeby była jasność – nie smaki niezapomniane sprawiły iż po tylu lat chętnie wracam do wspomnień, a smaków oprawa. Tamtejszy niesamowity styl PODAWANIA żarcia to coś, co sprawiało że każda buda i wóz z kebabami, lodami czy kukurydzą nawet były swoistymi atrakcjami turystycznymi. Zresztą patrzcie sami! Przykład numer jeden – Pan lodziarz z Istambułu:

Hej, widzę jak się uśmiechasz! I o to mu chodziło. Przy ulicy stało zapewne jeszcze kilka podobnych panów robiących loda. Ale to do niego wracali ludzie. Bo jego lód oprócz tego że smakował, to jeszcze sprawiał radochę już na samym wstępie! A teraz łap coś pożywniejszego – bułgarskiego kebaba:

Stoisz i czekasz na żarcie. Ale nie jest to przykre tupanie nóżką o chodnik w akompaniamencie kwilących jelit. Jesteś świadkiem tego, jaką radochę autentyczną sprawia komuś przygotowanie Ci żarełka. How awesome is that? A czasem trafiasz na takiego mistrza że całkiem nawet zapominasz że przylazłeś po papu a nie na show:

Om nomm nom! Wakacje w Turcji, Bułgarii i Grecji można na luzie brać bez olinkluziwa, serio, aż chce się jeść na mieście! I nie utuczy, bo śmiejąc się ćwiczysz swoje mięśnie brzucha. Polscy uliczni dokarmiacze niech łapią inspirację z południa, niech serwują prócz jedzonka chwilę niczym nieskrępowanej radochy a wróżę długie kolejki, miliony check in’ów i facebookowego fejma! A na deser relacja z Istambułowego kebabowania „do it yourself”, też fajna opcja, choć kosztowała nas przez nieznajomość tureckiego całe kieszonkowe, które miało być przeznaczone na zakup podrabianych torebek Prady :( Tanim kebabem, na który się napaliłyśmy okazało się samo mięsko, każdy dodatkowy talerzyk z dodatkami i sosem kosztował dwa razy tyle co pojedynczy naleśnik. Nie pamiętam już ile wyszedł nas posiłek na głowę, pamiętam tylko że w/g naszych wyliczeń, w innych budach mogłyśmy kupić za wydaną niefortunnie kasę zapas szamy na tydzień. Wniosek – zdrada panów robiących dobrze naszym brzuszkom własnoręcznie nie popłaca! 

a4

Piękne talerzyki, zdjęcia foodpornowe zrobione zanim nawet został wynaleziony foodporn

a2

Fotorelacja oczywiście nie mojego autorstwa, bo byłam zajęta jedzeniem. Tu na zdjęciu zaczynam podejrzewać że nasz rachunek jest coś „nie halo”

a1

Pamiątkowe zdjęcie #afteromnomnom, jeżeli czytaliście wpis „Jak zrobić dobrego foodporna” (kliknij i se poczytaj), wiecie że cycki w tle mają za zadanie odwrócić uwagę od słabo wylizanych talerzy.

a3

Trzymam kciuki za rozwój polskiej gastronomii ulicznej, łącząc nadzieję że wkrótce trafię nie tylko na dobrego burgera/kebaba/lodzika ale wspaniały słowiański performace!

Przeczytaj poprzedni wpis:
IMG_5194
Instagram kwietniowy

Zamknij