Tajny przepis na marchewkowca

W zeszły piątek stuknęła mi trzydziestka co popsuło mi humor na niemal cały weekend, podczas którego co parę minut zerkałam w lustro by upewnić się, czy twarz nie zaczyna mi się marszczyć jak stary dokument. Odetchnęłam dopiero dziś rano i z odzyskaną werwą postanowiłam upiec jedyne ciasto na świecie, które mi wychodzi – mojego tajnego marchewkowca. W planach mam zaniesienie go do biura i pławienie się przez cały poniedziałek w okruszkach i komplementach. Nie jestem potworem by tylko opisywać Wam jak cudownym jest mój wypiek. Mam dobre serduszko więc podam przepis. Sama go zdobyłam podstępem od mojej siostry, udoskonaliłam i przysięgam Wam na zdrowie moich kotów – to ciasto wychodzi zawsze najcudowniejsze w świecie. Mam nadzieję że docenicie: oto mój (już nie) tajny fajny przepis na Marchewkowe Lowe.

marche

Przygotowanie:

Idziecie z siatką lub jedziecie na hipsterskim rowerze z wiklinowym koszykiem po potrzebne produkty: Opakowanie mąki, jajca, opakowanie brązowego cukru, sześć dużych prześlicznych marchewek, oliwę, przyprawy: do piernika i jabłecznika, opakowanie suszonej żurawiny, opakowanie migdałów, małą kostkę masła, małe opakowanie tartej bułki i proszek do pieczenia (szczyptę soli to chyba w domu każdy ma). Po drodze zbieracie kwiaty i nucicie jakieś wzruszające melodie. W domu wkładacie piękny fartuszek, sprawdzacie czy macie formę do pieczenia, szukacie w miarę czystej szklanki, dużej miski, trzepaczki do jajek (hihihi) i tarki z dużymi okami. I teraz (werble) TAJNY PRZEPIS, który sobie szybko zanotujcie, zanim wpis nie ulegnie samozniszczeniu:

  • 4 jajka
  • 1 szklanka oliwy
  • 2 szklanki brązowego cukru
  • 2 szklanki mąki
  • 3 szklanki startej marchewki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • garść suszonej żurawiny
  • garść rozdrobnionych migdałów
  • duuuuużo przypraw korzennych, najlepiej dwa opakowania

How to do the magic:

Z jajek wydzielacie żółtka (nie róbcie sobie jaj, wiecie jak to zrobić). Białka do małej miski, żółtka do dużej michy. Do żółtek wsypujecie cukier, rozcieracie, dolewasz oliwy, mieszacie, wsypujecie mąkę, mieeeeszaaacie. Przypominacie sobie że mogliście wcześniej zetrzeć na tarce marchewkę. Robicie to więc, stosując mój tajny trik: gdy marchewka zaczyna się kończyć w paluchach a do paluchów coraz bardziej zbliżają się krwiożercze ostrza, OSZUKUJECIE PRZEZNACZENIE i zżeracie końcówkę, ratując paluszki. Ok, teraz możecie do dużej michy prawie-ze-wszystkim dosypać trzy ubite szklanki marchewki, żurawinę, potłuczone biedne migdały, przyprawy, proszek do pieczenia i szczyptę soli. Nie polecam cwaniakować i mieszać to mikserem. Prędzej zakręci Wam się cały stół ryjąc kółko w parkiecie. Mieszacie łychą, pilnując by pot nie ściekał z czoła do miski i starając się nie patrzeć na rosnące odciski na dłoni. Krótka przerwa – ubijacie białka z czterech jajek w osobnej misce. Trzepiecie trzepiecie (strasznie to zabawne, na pewno się Wam spodoba), jak piana jest jak malowana, dodajecie do wielkiej michy i z większym niż wcześniej luzem mieszacie całość. Odstawiacie. Formę do ciasta smarujecie cienko (od środka – uprzedzam żartownisiów) masłem i zasypujecie bułką tartą, by oblepiła pięknie środek, zapobiegła przypaleniu się ciasta i ułatwiła jego późniejsze wydostanie się z formy na wolność. Do formy tak przygotowanej wlewacie wszystko z wielkiej michy. Piekarnik nastawiacie na 180 stopni, na termoobieg i jak się nagrzeje, umieszczacie tam troskliwie swoje dzieło na 40 minut.

Po tym czasie na chacie zaczyna pachnieć szczęściem, słodką miłością i galopującymi po różowych, puszystych chmurkach jednorożcami. Nie ma powodów do niepokoju – tak ma być! Gdy otworzycie w końcu drzwiczki piekarnika, otuli Was błoga woń przyszłego spełnienia podniebienia i gdy spojrzycie na obolałe od mieszania i trzepania dłonie, poczujecie że było warto. Dajcie cudowności ostygnąć a następnie (zaryglujcie się w domu przed wszystkimi zwabionymi zapachami, którzy zaraz będą próbowali uszczknąć  skarbu!!!) podzielcie się z bliskimi i wysłuchajcie podobnych opinii:

marchew

Obiektywne opinie o moim cieście przypadkowych konsumentów:

Dziadek Jurek: „Co mogę powiedzieć? Wspaniałe! Rozpływa się w ustach, kojarzy mi się z moją wnuczką: słodycz, cudowność, piękne, kolorowe. I to chyba wszystko”

Mama Bożena: „Zawsze robisz je cudowne, twoje marchewkowce są najcudowniejsze w świecie. Dobre, kurde są”

Mały siostrzeniec Kai: „Jadłem marchewkowe, smakowało, było smacne, słodkie było i jeszcze fajne. Pieces dobre ciocia ciasto”

Szwagier Lukasz: „Pyszne było, cudowne, najlepsze jakie zrobiłaś, choć w sumie jak znamy się dwa lata to to jest pierwsze twoje jakie jadłem” [bo trzeba zasłużyć na ten zaszczyt – przyp. Rebelioshka]

Siostra Maja: „Bardzo dobre, choć w moim osobistym odczuciu za duże dałaś migdały. A czemu to spisujesz? To na bloga? Aaa, to nie zapisuj tego! Napisz że zajebiste ciasto, doprawione, na słodkość idealne!”

Przeczytaj poprzedni wpis:
6576_1173794577875_8015711_n_Fotor
Słonecznie tanecznie

Zamknij