Walc Anthony’ego

Sir Anthony Hopkins. Odkąd pamiętam – zakochana w nim jestem bezgranicznie. Najpierw pokochałam go za „Bunt na Bounty” z ’84 (najlepszy rocznik, nie tylko filmowy!), następnie za kreację pierwszego seryjnego mordercy którego chciałabym przytulić („Milczenie owiec”), po drodze za kreację emerytowanego Zorro, po stokroć za „Joe Blacka” (to tam naprawdę gra też Brad Pitt?!) a ostatnio za genialnego „Hitchcocka”. Tak naprawdę to w każdym niewymienionym wyżej filmie też go kocham. Bezkrytycznie, bezgranicznie, za każde łypnięcie niebieskim okiem, za każdziuteńki uśmiech półgębkiem i za każde słowo wypowiadane TYM głosem z TYM akcentem (po Anthonym pod tym względem tylko Sean Connery i długo długo bo w nieskończoność nikt). I nie, nie lecę na starszych panów.

Jakiś czas temu natrafiłam na artykuł, który otwarty czekał w pasku zakładek na spokojniejszą chwilę na lekturę. Nadeszła. I dowiedziałam się na wstępie, że Anthony zanim został najlepszym aktorem wszechświata był muzykiem i komponował. 50 lat temu stworzył walca „And the waltz goes on”.  Po kilkudziesięciu latach od napisania nut, zobaczył z żoną mistrza smyczka André Rieu i zauroczony talentem zdecydował się wysłać muzykowi swoje dzieło. Tamtemu solidnie zadrżał smyczek, gdy zobaczył nadawcę nut i nie tylko przeczytał ale i usłyszał w telefonie, że nadawca marzy o tym by to on właśnie odtworzył utwór. Jak tu się nie zgodzić? Wiedząc że Hopkins nigdy nie słyszał swojego dzieła (podobno za bardzo się bał), postanowił niezwykłego kompozytora zaprosić na premierę. 73-letni aktor wraz z żoną poleciał do Wiednia usłyszeć swojego walca po raz pierwszy w życiu.

Przyznaję się bez bicia – niesamowicie działa na mnie taka muzyka, zwłaszcza smyczki. Nie wiem więc czy to ten utwór, czy to Anthony i jego autentyczne wzruszenie, ale rozpłynęłam sobie tusz do rzęs po całej twarzy. Oto facet, który ma wszystko. „Sir” przed nazwiskiem, Oscara na półce, dziesiątki filmów na koncie, miliony fanów i miano ikony światowego kina. Taki facet. Siedzi sobie na widowni ze szklankami w oczach, bo właśnie spełnia się jego wielkie marzenie. Staram się nigdy nie życzyć nikomu spełnienia wszystkich marzeń, tylko kilku. Właśnie dlatego – by zawsze było na co czekać. Historia ta jest najlepszym przykładem na to, że nigdy nie jest za późno by skreślić kolejną pozycję ze swej „Bucket List”. Ba, na niektóre rzeczy nawet warto poczekać dłużej, by słodycz jeszcze słodszą była.

  • gosia

    niesamowite, nie wiedziałam o tym:) bardzo wzruszająca muzyka;)
    a akcent i głos.. to jeszcze Jason Statham :P

Przeczytaj poprzedni wpis:
Untitled109_Fotor
Nowe seriale o babach nie tylko dla bab

Zamknij