Za co kocham Francuzów

Seria wpisów „za co Rebelioshka kocha”, w niezaoranej jeszcze kategorii „To tu to tam”. Opowiem za co może Cię wyściskać francuski kelner, dlaczego jak tańczyć to z Hiszpanami i dlaczego fajnie jest być holenderską staruszką. Podzielę się z Wami dużą porcją fotograficznych notek. Staram się tępić malkontenctwo niczym tłuste pająki, więc wydźwiękiem wpisów absolutnie nie będzie „czemu my tak nie mamy?”. Mam nadzieję że odbierzecie to jako fajne „a w sumie czemu my niby nie mielibyśmy tak mieć?” [Zobacz poprzedni wpis]

1. Za dumną przekorę

Też słyszeliście tą straszliwą legendę o turystach, którzy pojechali do Francji i z nikim, nosz absolutnie z nikim nie mogli się dogadać? A próbowali, nieboraczki i po angielsku i po niemiecku i po polsku nawet? Krew krzepnie w żyłach i włosy stają dęba na pośladkach. Wizja niekumatych nieco Francuzów stresowała mnie jeszcze podczas lotu, dla relaksu wertowałam rozmówki. Bo już tak mam, turystyczny geek, że jak gdzieś jadę, to lubię zagadać po tubylczemu. I już podczas pierwszego posiłku (ok chlania wina) przy stoliczku na chodniczku, zagadałam kelnera po francusku (khh khh, troszkę jakby flegma, troszkę jakby katar i proszę – masz francuski akcent!). Bonżur bonżur i czy parlewu ingle. I tyle wystarczyło. Kelner dotąd świergocący tylko po swojemu, nie tylko przerzucił się na bliższego mi inglisza, ale i skołował anglojęzyczne menu! Krztusząc się winem zachłysnęłam się odkryciem. Oni są tak samo uczuleni na brak ogłady językowej jak i ja, gdy pracując w sklepie na niemieckie roszczeniowe „HAAaben Sie?” odpowiadałam „Nie rozumiem! Mówi Pani po polsku?” a na „Zieńdobri, szpre.. mufi pan po dojcz?” miałam odpowiedź „Jaaa naturliś!” z akcentem godnym prawdziwej Helgi. Proste. Za to moja miłość i szacun dla żabojadków. Za tą przekorną walkę z nieokrzesanymi wiatrakami. Nie trzeba umieć liczyć do stu w każdym języku, wystarczy chęć by nauczyć się dosłownie kilku podstawowych zwrotów i w ten sposób okazać szacunek lokalesom.

12. Za patriotyzm

To chyba najbardziej utrwalony stereotyp o mieszkańcach kraju sera Brie. Snoby, zarozumialce, nie widzący dalej niż czubek ich Wieży Eiffla. Z ostatnim się zgodzę, ale jako nawiedzona lokalna patriotka (Pogooooń! Paprykarz! Śledzie!!) po stokroć popieram i rozumiem. Przy każdej rozmowie, pytana jak mi się podoba miasto (Paryż) czy konkretne miejsce, dzielnica, ulica, szczerze się zachwycałam, co wywoływało u rozmówcy taką autentyczną radość, że miałam ochotę aż wyściskać. Kocham ludzi dumnych ze swojego kraju, miasta a nawet dzielnicy. Uwielbiam takich, którzy tą miłością chcą i potrafią zarażać innych. Ze smutkiem stwierdzam że taki fajny, czasem nawet buńczuczny patriotyzm to cecha niestety na wymarciu. Pamiętam że często się nad tym zastanawiałam spacerując Polami Marsowymi (to takie tylko trochę większe Jasne Błonia w Szczecinie) czy siedząc nad Sekwaną (która prawie tak samo ładna jak nasza Odra).

223. Za delektowanie się

Francuzów obserwowałam na długo przed pierwszą wizytą w ich kraju. Na wakacjach, pod palemką. Gdy jedziesz w takie miejsce, gdzie najchętniej byłbyś całkiem sam i przywłaszczył sobie każdego kamulca na plaży, bacznie obserwujesz „intruzów”. Najlepsze ku temu okazje zawsze były przy posiłkach.  O zgrozo prawdziwa, wszędzie Niemcy i Anglicy! Gdy słyszałam ich wrzaski, śmiechy jak z dna studni, żałowałam że odetkały się mi uszy już w godzinę po pływaniu. Najgorsze jednak były talerze tych dwóch nacji. Śniadanie. Kiełbasa kapiąca tłuszczem, fasola, sosiska, wszystko szaro-bure, w kupie, wyglądające jak kupa. Hałasując wpierdzielali jak na wyścigi te swoje paskudztwa a mi stawała przed oczami scena z grubasem z „Siedem”. I kiedyś me oczy natrafiły na cudowną oazę. Stolik Francuzów. Rozmowa jak muzyka, talerzyki z rogalikami, talerzyki z owocami, kawusia. Kolorowo i pięknie. Upajałam się tym widokiem, zachwycona gracją stołowania. Pełnym czci i prawdziwej przyjemności pałaszowaniu, w którym było wręcz coś erotycznego. Nie skłamię jeśli powiem, że 60% czasu spędzonego w Paryżu spędziłam przy stoliku. Tak właśnie jedząc i pijąc, z radością obserwując inne stoliki, przy których ludzie oddawali się niespiesznie takim samym przyjemnościom.  Jak jesz – tak żyjesz i kochasz!

3

3. Za luz

Mogłabym przytoczyć mnogość scenek rodzajowych. Na pewno nie zapomnę widoku dojrzałego jegomościa siedzącego na relaksie po szyję w fontannie, otoczonego ze wszystkich stron szklanymi biurowcami La Defense. Przy nim jak wół zakaz kąpieli a obok złożone elegancko ubranie i trzewiki. Cieszył się chłodem w upalny dzień, możliwe że w przerwie na lunch. Pozazdrościwszy zrzuciłam japonki i sama pobrodziłam. Jak będziecie zwiedzać Paryż w okresie letnim – wczesno jesiennym, koniecznie spędźcie trochę czasu na plaży. Tak właśnie. Ponad 1,5 kilometra usypanego nad Sekwaną piasku usypane jest luźnymi mieszkańcami miasta. Na piasku pracują na laptopach, na leżaczkach wcinają kanapki, na kocykach nie bacząc na innych ucinają sobie drzemkę w parach. Muzyka na żywo i ludzie spontanicznie tańczący, artyści uliczni i kibicujące im tłumy. Idzie się niesamowicie zatracić. I ludzie zatracają się, cudownie, w środku miasta, w godzinach pracy. Kocham taki luz, spontaniczność i emocje. Byłam świadkiem jak mój towarzysz po pożartych przez nas tonach ślimaków, skomplementował je i został wyprzytulany „na misia” przez kelnera.

4 4. Za styl

A składają się na niego wszystkie wymienione wyżej rzeczy. To jacy są otwarci, cieszący się życiem, gotujący niesamowicie (kto zna się na gotowaniu, ten dobry w kochaniu!) i przekorni. Luz i styl wyrażają nawet ubiorem, któremu daleko jest od stereotypowej „elegancji francji” a bliżej do komfortowego manifestu indywidualności. Ludzie na których miło popatrzeć, fajnie z takimi przebywać i od których wiele można naczerpać i nauczyć się. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę miała okazję

5

 

6

Przeczytaj poprzedni wpis:
6576_1173798297968_7888954_n_Fotor
Za co Rebelioshka kocha

Zamknij