Zima zła – rozdział pierwszy

ROZDZIAŁ PIERWSZY

#ulepimybałwana

– Halo?! – odebrała telefon o tak nieprzyzwoicie nocnej porze tylko dlatego iż przez sklejone powieki dojrzała że dzwoni Marcin – szef, od którego telefony lepiej odbierać.
– Rusz srakę do Parku Kasprowicza, jest robota. Mam nadzieję że nie nawpierdalałaś się za dużo z kotami na kolację bo widok jest epicko nieprzyjemny. Jesteśmy już na miejscu z Horacym. Ruchy!
– Budź mnie codziennie. Od razu przyjemniej zaczyna się dzień po takiej dawce sympatycznej konwersacji. Będę za 20 minut.
Po omacku narzuciła na siebie najcieplejsze w gaci i skarpet (test wąchania – prawie czyste), spojrzała z rozczuleniem na śpiące w nogach łóżka koty, wrzuciła do torby broń i legitkę i ruszyła w mroźny Szczecin.

– Odpaliłaś bez problemu? – Marcin czekał już przy wejściu do parku.
– Fajkę tak, z autem walczyłam przez chwilę. Ile jest stopni? Minus pierdyliard?
– Albo lepiej. Zawijam na komendę, nic tu już po mnie. Idź tam do Horacego – wskazał ręką górkę nieopodal – jak skończycie, czekam na Was.

Ruszyła z trudem przez zaspy, sypiący śnieg ograniczał znacznie widoczność ale im bardziej przedzierała się we wskazanym kierunku, tym wyraźniej widziała zarys kolegi schylającego się z aparatem przy dziwnej budowli. Podeszła jeszcze bliżej i zobaczyła to. Bałwanek stał przechylony lekko pod ośnieżoną sosną. Gdy zbliżyła się na odległość dwóch metrów ugięły się pod nią kolana.
– Tylko nie rzygaj – wrzasnął ostrzegawczo Horacy – Nie zanim zrobię porządne zdjęcia.

Bałwany które za dzieciaka pieczołowicie budujemy z białego puchu zawsze składają się z trzech utoczonych kul. Stawiamy je na sobie, w kolejności od najokazalszej po najmniejszą. Na ostatnią wkładamy czapkę i z rozbawieniem konstruujemy twarz z kamyków i nosopodobnej marchwi. Chylący się nieco ku ziemi bałwan pod sosną składał się z dwóch śniegowych kul. Najmniejsza została zastąpiona ludzką głową.

Dominikę ocucił dopiero oślepiający błysk flesza. Horacy beznamiętnie dokumentował upiorną konstrukcję a ona w rozbłyskach lampy z przerażeniem notowała każdy surrealistyczny szczegół. Ofiara miała 25-35 lat, musiała być atrakcyjną kobietą, choć ciężko było to stwierdzić ze stuprocentową pewnością gdyż w centralnej części twarzy tkwił wbity z ogromną siłą lodowy sopel. Krew, która go pokryła upodobniła go w groteskowy sposób do marchwi. Z przerażającego bałwaniego nosa kapały na różowy szalik różowe krople. Oczy dziewczyny zastygły w przerażającym wytrzeszczu a Dominika wbrew zdrowemu rozsądkowi wpatrywała się w nie, szukając zapamiętanego odbicia mordercy.

– Znaleźliście resztę ciała?
– Nie, tylko głowę. Kilka metrów dalej są wyraźnie ślady na śniegu – toczenia kul śniegowych, szarpaniny, krwi no i – Horacy chrząknął – spójrz tu, zaraz obok leży oryginalna głowa pana bałwana. Obstawiam że reszta NN została pogrzebana w którejś zaspie, zaraz sprawdzą to chłopcy z psami bo ciemno jak w dupie i nie użyję drona.
– Myślisz że pozwolił jej zbudować bałwana po czym wyszedł z ukrycia i przerobił go według własnego uznania? Tyle lat w tej robocie a kreatywność tych popierdoleńców nie przestaje mnie zaskakiwać. Bałwan, kurwa. Niewiarygodne. Kiedy będzie Kamil po ciało? Prawie już odmarzło mi dupsko.
– Jestem już, nie becz – tubalny głos króla kostnicy poniósł się głuchym echem po parku – O, nieczęsto zbieram samą głowę. Kamil nachylił się tuż przy Dominice, patrząc na dzieło najnowszego szczecińskiego szaleńca. Wyczuła wyraźną woń łychy. Przewróciła oczami.
– Niedźwiedż, ja wiem że w Twojej robocie ciężko na trzeźwo ale mam nadzieję że ogarniasz na tyle by zawinąć do worka właściwą głowę – wskazała butem leżącą na ziemi głowę bałwana i ruszyła w stronę auta.

Przeczytaj rozdział drugi [klik]

girl-926020_1280

Przeczytaj poprzedni wpis:
205H
Przestałam przeklinać. Na tydzień.

Zamknij